— Weychertowa!
Tak jest. Niedawno kochanka Halskiego, po nocy miłosnej, przyniosła do niej jak różę świeżo rozkwitłą taką twarz wypięknioną. Rena przypomniała sobie, jak z chciwością szukała wtedy na twarzy tej kobiety upodlających dowodów rozpusty i jakie zdziwienie ogarnęło ją na dowód jawny i otwarty, że jest zupełnie przeciwnie.
Lecz jeszcze coś więcej przejęło ją zdziwieniem.
Oto na myśl o Weychertowej i stosunku jej do Halskiego nie odczuła zupełnie dawnej furji, która szarpała jej serce na strzępy. Przeciwnie — wyciągnęła się w wannie i uśmiechnęła się.
Bardzo leciuchno, ale się uśmiechnęła.
*
Zadzwoniono u drzwi.
Rena porwała się z wanny — usłyszała głos Halskiego.
To było nieprzewidziane. Czuła, iż coś „z tem wszystkiem musi zrobić”, ale nie chciała ani tak prędko, ani tak nagle. Odwołała pokojowę.
— Słuchaj! — wyrzekła. — Powiedz panu profesorowi, iż go przyjąć nie mogę... bo... pan — mąż mój — umarł i...