— Dobrze!

— Powiedz, że później...

— Jutro?

— Może!...

Wróciła do wanny i znów z rozkoszą wyciągnęła się. Ziewnęła przy tem.

— Niech sobie!... — powtórzyła bezmyślnie.

Gdy w kwadrans później, okryta peniuarem, usiadła do śniadania, przeraziła się nadzwyczajnym apetytem, z jakim pochłaniać zaczęła grzanki, masło, herbatę. Upomniała się o trochę szynki i jakie dobre ciastko. Przeczytała poranne dzienniki, donoszące o jakiemś samobójstwie z miłości.

— To niema sensu! — zaopinjowała. — To niema zupełnie sensu.

Najadłszy się, zaczęła troszczyć się kwestją żałoby. Nie wiedziała, czy ma ją nosić, czy nie.

— Będzie to zależeć od tego, czy mi będzie w niej do twarzy... Sądzę jednak, że — tak!