— To były inne!... — myślała uważnie. — Widocznie, że absolutnie zależy to od cech indywidualnych.
Mignęły jej przez myśl przedsmaki upojeń, doznanych w zbliżeniach się do Halskiego.
— Tak! — myślała — lecz przypomnij sobie także, iż straciłaś świadomość dreszczów erotycznych, gdy cię twój mąż pierwszy raz jako narzeczony pocałował. Takie próbne historje niczego nie dowodzą...
Zaszyła się w pled i zaczęła pilnie, skrzętnie badać samą siebie.
— Ani na chwilę nie wprowadzałam Halskiego pod jeden dach ze mną — myślała — nic a nic nie ciągnęło mnie do słodkiego pożycia dwojga ludzi, które rzeczywiście „pożyciem” nazwać można. Wszystko się we mnie szarpało, płonęło. Nigdy nie było pragnienia cichych, dobrych, łagodnych chwil. Może tam coś... dawniej, gdy chciałam... wydać się za niego, ale i to miało raczej chęci powierzchownego, światowego, usankcjonowanego połączenia — ale to, co tam nazywają na świecie zżyciem się duchowem? Ha, ha!...
Zaczęła się śmiać nagle i to nawet szczerze.
— Z nim, przy nim — i myśląc o nim, o jednej tylko sprawie myśleć można było, o zadowoleniu cielesnem. Tak on jakoś wszystko sprowadzał do tego jednego mianownika. Doprawdy!
Przypomniały się jej czasy narzeczeństwa. Chłodno, zimno — przyznała, że Bohusz dawał jej masę złudzeń na przyszłość, właśnie w kierunku domowego i duchowego połączenia.
— Że nie dotrzymał, to wina losu, może jego — może... moja.
Usiadła — objęła rękami kolana, w pozie zasmuconej wdowy.