Zaiste — warte były tego zakończenia noce bezsenne, białe noce, w czasie których wiła się jak gad nadeptany, jak szalejąca z pragnienia pantera, obramowana bezlitosnemi prętami klatki.
Zaiste...
Wyprostowała się i dozwoliła całej mściwości, całej pysze, całej ambicji swojej przedrzeć tamy, które drżącą z namiętności wolą wznosiła w swoim charakterze.
I wspaniałym, nie do naśladowania ruchem, właściwym tylko kobiecie, „która ma dosyć”, strząsnęła ze siebie garnącego się ku niej, w grzecznej ekstazie rozślimaczonego mężczyznę.
— Proszę! Przestań Pan! — wyrzekła prawie surowo.
XXV
Spojrzał na nią coraz bardziej zamglonemi oczyma.
— Reno! Reno!... Wszak jesteś moja — moja!
— Ja?
Nic nie zdoła oddać tonu, tego krótkiego, urywanego słowa.