Rzuciła mu list na ręce i sama podeszła do okna. Triumfujące, upalne południe letnie biło się w pełnym blasku. Wszystko iskrzyło się od światła i żaru.
Mimowoli przeszło przez jej mózg pragnienie:
— Niechby już sobie poszedł! Niechby mi dał spokój!...
Słyszała jego kroki poza sobą. Widocznie chodził po pokoju. Myślała, że przecież pójdzie sobie natychmiast.
Czegoż chciał jeszcze?
Nagle zatrzymał się. Chrypiącym głosem odezwał się:
— Reno... pani!...
Odwróciła się z niechęcią. Nienawiść zaczęła przemieniać się w niej w rodzaj znudzenia i jakby pogardy.
Pytająco patrzyła, unikając wszakże jego twarzy.
— Dlaczego to zrobiłaś?