Jednym gestem pchnęłam go od siebie.

— Co to? Co to? — krzyknęłam.

W tem pchnięciu, w tym krzyku była moja, wzbierająca się przez cały dzień, nienawiść i gniew.

— Jak pan śmie?... Jak pan śmie?

Podniósł ku mnie twarzyczkę.

Był szkaradny. Włosy opadły mu na czoło. Nos mu się zaczerwienił, oczy, te oczy truwera, opiewającego róże rozkwitłe na piersiach damy, zaszły jakąś brzydką, białą mgłą...

I miałam do niego straszną urazę nie za to, że mnie pożądał...

Ale za to, że nie umiał być wtedy pięknym.

Och! Gdyby pod ręką... gitara...

Więc tylko wołałam zaciekle i jakimś ochrypłym głosem: