— Zgadnij pan, skąd idę?
Halski powiedziałby bezczelnie: „z randki”. Sitnicki jednak przysłania oczy siatką rzęs i milczy.
— No... zgadnij pan!
— Nie wiem. Z parku, z kościoła...
(Uważasz, nastrój delikatny).
— Myli się pan, ale w części. Powracam nie z kościoła, ale z kapituły.
— ?...
— Tak. Wydano mi tam wyrok rozwodowy. (Kłamię, ale umyślnie. Chcę bić od razu w największy dzwon).
— ?...
— Nie wierzy pan?