— Proszę pani — wszak rozwodów niema w naszym kościele.
— Ale są unieważnienia małżeństwa. — No, więc unieważniono moje małżeństwo.
— Z panem Bohuszem?
— A z kimże? Więcej mężów nie miałam.
I dodaję z całą perfidją:
— Dotychczas.
I patrzę mu prosto w oczy. Chcę na tej ładnej twarzy, która się tak umie mienić w chwili pożądania, zobaczyć jakąś radość, coś z mogącej się ziścić wreszcie nadziei.
Subtelnie rzeczy biorąc, jakby jakieś rozczarowanie przesuwa się pod skórą.
— A!... A!... Należy zatem powinszować pani!
Przyjmuję to powinszowanie.