— Samego księdza od Panny Marii przepyskuje! — mówiono sobie do ucha z miną tajemniczą.
Cisza więc panowała prawie zupełna. Czasem tylko załopotał tasak o stolnicę, zagdakała kura, trzasnęły drzwi lub zaszumiały pomyje płynące ze zlewu.
Nagle jak wicher od bramy pomknęła prosto do stancji stróża dziewka młoda, silnie w plecach rozrosła, odziana w biały haftowany kaftanik i jasnoniebieską spódnicę. Włosy, starannie uczesane, splecione miała w jeden warkocz, opuszczone na plecy i związane różową wytłuszczoną wstążką. Włóczkowa czarna chusteczka z pleców jej spadała. Ze szlochaniem gwałtownym po żółtych kałużach biegła, maczając w nich swe czarne, ceratowe pantofle.
— O Jezu! Jezu!... Matusiu! matusiu!...
Przez balustrady ganków sługi ciekawie przechylać się zaczęły.
— Taż56 to Julka... wiecie... ta... co pod Zamkową Bramą siedzi!...
Lecz Julka już do stancji wpadła.
— Matuś! Gdzie matuś?!...
Do łóżka się ze łkaniem rzuciła i na kolana upadłszy, o deskę czołem bić zaczęła.
— Matuchno! czego ty zmarła?!...