Na chodniku, pomiędzy gromadką bosych dzieci czekających na opróżnienie ulicy, stała ciemno, ubogo ubrana kobieta w zniszczonym kapelusiku na pochylonej głowie.
W tej chwili kobieta ta z wyrazem zdumienia na pożółkłej twarzy wpatrywała się w okienko karety, a z wpół otwartych ust zdawał się ulatywać jakiś głos stłumiony.
Pani Lena odwróciła się i spytała szybko:
— Patrz!... Ta kobieta dziwnie tu spogląda, czy może znasz ją?
Lecz mężczyzna nie ruszył się nawet, przytulony do kąta karety, nikczemny, nędzny w tej trwodze, jaka zwykle ogarnia każdego z nich na widok zdradzonej kobiety.
— Siedź spokojnie! — wyrzekł — to szwaczka mojej żony!...
Kareta ruszyła wreszcie z miejsca, obryzgując błotem stojącą na chodniku kobietę.
Ona patrzyła jeszcze długą chwilę, zdumiona, przerażona, powtarzając cichutko:
— Koteczek? Koteczek?
Lampka przed Matką Boską dopalała się prawie, a nikt nie myślał o dolaniu oliwy.