Ona nie odpowiedziała nic.
Uśmiechała się tylko, prostując się także, jakby z dumy... urosnąć chciała.
— Możesz mnie pocałować — dodał z pobłażliwością — ale tu w szyję... o!...
Wyciągnął swą tłustą szyję dobrze zbudowanego blondyna i przymknął oczy z dobrotliwym uśmiechem.
Ona zbliżyła się szybko, zmieszana, niezgrabna, nie przyzwyczajona do częstych tego rodzaju pieszczot. Gdy znalazła się tuż przy nim, tak nędzna, mała, chuda, zmieszała się jeszcze więcej.
W lustrze widziała odbicie postaci swej i stojącego wciąż ze zmrużonymi oczyma męża.
Zawstydziła się samej siebie, swego wyniszczenia, swego skromnego szlafroka i stała niezdecydowana, cisnąc wciąż papier z szynką do zapadłej piersi.
Lecz on zniecierpliwił się wreszcie.
— No, korzystaj, kiedy pozwalam...
Podniosła się więc na palce i cała spłoniona pocałowała go w klapę od jasnego żakietu, a silna woń white rose3, wydzielająca się z ubrania męża, odurzała ją do reszty.