Zagłębiła się teraz w miłostki Jowisza z całą lubością bulwarówki; po jej ustach igrał od czasu do czasu uśmiech, a ręka machinalnie poprawiała rzadką na czole grzywkę.
Julusiek, trochę znudzony, gonił czasami migające po suficie słoneczne plamy i usiłował zwinąć język w łuk, zwany „klops”. Tylko Marian, zasłuchany w słowa Francuzki, ślizgał się wzrokiem po jej piersi, rysującej się dość wyraźnie pod opiętym stanikiem.
Patrzył, oczy mrużył i usta wydymał...
— Chwilkę, panie Wentzel, proszę tylko o krótką chwilkę!...
I Ewelinka powstawszy od fortepianu potrząsnęła głową ubraną w całe pęki loków.
— Gdzie pan uciekasz? Nigdy nie masz czasu... a ja tu sama tak siedzę!...
Ostatnie słowa podkreśliła znacząco powłóczystym spojrzeniem.
Pod wpływem tego spojrzenia pan Wentzel pobladł jeszcze bardziej niż na widok myszy.
O! Gdyby wiedział, że Ewelinka obecnie „marzy” w salonie i fortepian... „gniecie”, jak mówił Julusiek, byłby z pewnością umknął przez kuchnię, choć i tam kucharka witała go niedwuznacznym mruczeniem i dowodzeniem, że „rosół się jej utrzęsie w garnku, skoro pana Wentzla bez8 kuchnię niesie”...
Lecz pan Wentzel stokroć wolałby już narazić się na gniew kucharki, niż poddawać się magnetycznym spojrzeniom Ewelinki, dopełniającej w ten sposób pensyjnej edukacji i próbującej siły swych wdzięków na nieszczęsnym nauczycielu swych braci.