Poczem wstał i ciągle spokojny i niewzruszony, plecionkę dyskretnie położył obok szyldkretowych szpilek w kącie tualety, a ciastko cisnął zręcznie skrzeczącej na balkonie papudze.


Od dwóch tygodni poszukiwał Seweryn mieszkania.

Zrobił pięćset osiemnaście pięter i — nie mógł zdecydować się na wybór.

Wszędzie bramy były zanadto widne, za wiele drzwi wychodziło na klatkę wschodową, lokatorowie zdawali się zanadto ruchliwi.

W dwuznacznej pozycyi, jaką Seweryn sobie w życiu obrał — były to rzeczy nadzwyczaj ważne. Do tej chwili lawirował szczęśliwie w pośród znieważanych mężów, którym ściskał uprzejmie ręce i oddawał drobne przysługi.

Nie miał ochoty poznać tragicznej strony medalu.

Wesoła wystarczała mu zupełnie.

To też szukał i szukał odpowiedniej bramy, w której cieniu mogłaby jak w przepaści zginąć biegnąca do niego kochanka.

Paul ze swej strony dokładał starań niemało. Obadwaj wieczorem schodzili się w sypialni, zniechęceni, pożółkli, ze skórą dziwnie na twarzy wyciągniętą.