Lub zapuszczał się dalej w efronteryę, mówiąc junacko:

— Witać się z nią? cóż znowu, przecież ja nie mogę się tak kompromitować!

Przechodził szybko, głowę do góry niosąc, z ustami wydętemi pogardliwie, ironicznie — pogwizdując jakąś urywaną melodyę.

Aktorka tymczasem szła powoli, nie przypuszczając, że po drugiej stronie chodnika szedł człowiek — rzucający na nią błotem, dający jej miano „kurtyzany” i mówiący z pogardą:

— Ta pani, to rzecz... ceny.


Niezrównaną miał fantazyę, ten kreowany przez akuszerkę pożeracz serc kobiecych. Wyjeżdżał raz do Wiednia i zawadził o Wenecyę. Było to już po śmierci matki i trochę klejnotów przez nią pozostawionych przeszło w ręce żydów, dla opłacenia kosztownej dla Irka w świat wycieczki.

Lecz za to z powrotem, ileż legend opromieniło demoniczną postać lewka!...

Wiedenki — hm... cóż! Wiedenki — namiętne, rozmarzone, wysiadające na ławkach Stadtparku podczas księżycowych nocy.

Sentymentalizm straszny... samobójstwo w perspektywie! zapewne — sensacye [nowe i dość miłe, lecz dla człowieka,] który trzysta czterdzieści siedem razy grał komedyę miłości — zanadto wstrząsające.