Wspanialsze o wiele włoszki, wenecyanki, tajemnicze, pełne ognia i nieopisanej zmysłowości... A gondole! ach!...
Irek głową w takt wioseł kiwał i oczy przymykał uśmiechnięty, pełen rozkosznych wspomnień. Czasem... barkarollę Troschla nucił fałszywie i powtarzał jak papuga:
„T'amo!”
Raz — w chwili zwierzeń wyznał, iż przechodzącego placem Św. Marka, dojrzała go pewna księżna karmiąca gołębie i wieczorem — w gondoli swej uwiozła.
Na Canale grande nauczyła go słowa — „t'amo!”
W rzeczywistości Irek mieszkał w Wiedniu na Leopoldstadt, został w Stadtparku zwymyślany przez jakąś mäderl — wracającą z „Waschanstallt” — a w Wenecyi, wynudziwszy się nad cuchnącym kanałem, napróżno usiłował pozyskać względy dziewczyny posługującej w hotelu, grubej trywialnej włoszki, czeszącej się raz na trzy tygodnie...
W kilka miesięcy później, Irek kupił sobie wąskie porte-bonheur i kazał je zakuć na ręku.
Było to szczytem elegancyi i szyku.
Wysuwał teraz rękę z pod mankietu i błyskał złotem bransoletki, drażniąc ciekawych niezwykłem tem zjawiskiem.
Gdy go pytano — wymijał zręcznie odpowiedzi, honorem się znów zastawiając...