W pudełku, pan Wentzel — nie znajduje chustki, ale za to wydostaje zdechłą mysz, uczepioną przy zameczku portmonetki, w której kilka miedziaków się kołacze. Jest to sprawka „wyjątkowych” dzieci, które duszą się ze śmiechu na widok bladości, pokrywającej nagle twarz pana Wentzla.
Wiedzą o tem, że p. Wentzel boi się konwulsyjnie myszy i udanie się rozkosznego figla — uczuciem błogości napełnia ich serduszka.
Lecz siedząca przy stole francuzka marszczy brwi i groźnie podniósłszy rękę do góry, woła ochrypłym głosem:
— Attention, sales gamins! ou je vais vous ficher des claques!
Chłopcy milkną i kołyszą się na krzesłach z mniejszym niż zwykle zapałem. Matka zaś przesyła dyskretny półuśmiech w stronę francuzki, która prześlicznym żargonem z Montmartre — rozpoczyna wykład greckiej mitologii.
I powoli fałdzista suknia matki — wdowy znika we drzwiach, z po za których dolatuje wystukiwane na fortepianie jakieś „Réverie” Aschera.
Pan Wentzel tymczasem szamocze się ze zdechłą myszą, starając się odczepić ją od portmonetki. Pot pokrywa mu skronie, wyraz wstrętu maluje się w jego smutnych, wielkich oczach.
Trwa to długą chwilę — dzieci ciągle z pod oka obserwują nauczyciela, tryumfując wewnętrznie.
Wreszcie Julusiek dłużej wytrzymać nie jest w stanie.
— To ci pan Wentzel zdeseniał!... — woła, podrywając się na krześle.