— Jak karaluch w tataraku!... — dorzuca śpiewająco Maryan.
Lecz francuzka uderzeniem pięści w stół, przerywa wybuchy radości miłych chłopczyków.
— Taisez vous tas des salauds! — I nagle, sięgając do bocznej kieszeni sukni, wydobywa dość duży rewolwer, którego otwory pozaklejane są umiejętnie kulkami z chleba.
— Na! — mówi, kładąc rewolwer na stole — j'espère, que vous allez vous tenir tranquilles... autrement — je tire!...
I dalej ciągnęła wykład przy wzorowej ciszy ze strony obu chłopców, po których twarzach przemknął nawet cień szacunku.
Pan Wentzel tymczasem uporał się z myszą i wziąwszy ze stolika wytarty i zrudziały kapelusz, gotował się do wyjścia. Z rodzajem zazdrości spojrzał na zniszczoną twarz francuzki i na leżący na stole rewolwer.
Tak! widocznie inni ludzie posiadali dar wpływania dodatnio na te... wyjątkowe dzieci — on, jeden tylko nie, on jeden!...
Stłumiwszy westchnienie, ujął cicho za klamkę i wysunął się z pokoju.
— Junon dévorée par la jalousie, épiait Jupiter... — mówiła francuzka, wykrzywiając przytem swą twarz nakształt maski klowna — et Jupiter aimait Jo... — ochrypłym głosem.
Zagłębiła się teraz w miłostki Jowisza z całą lubością bulwarówki; po jej ustach igrał od czasu do czasu uśmiech a ręka machinalnie poprawiała rzadką na czole grzywkę.