Zbyszko zdawał się tym projektem zachwycony.
— O to! to! Właśnie... właśnie!... — śmiał się, siedząc pod piecem. — Doskonale! Trzeba tylko zacząć od głównej lokatorki.
— ?...
— No... pani Matyldy Sztrumpf. Tam właśnie poświęcenie będzie na miejscu!
Pani Dulska aż zdębiała. W jednej chwili ogarnęła myślą sytuację i wyjątkowo w duszy przyznała Zbyszkowi rację.
Bardzo umiejętnie przelawirowała w tej drażliwej sprawie. Matylda Sztrumpf skryła się w najtajniejsze zakątki swego apartamentu, a pani Dulska oświadczyła księdzu, iż ta lokatorka wyjechała do rodziców i klucz ze sobą zabrała.
— Tak żałuję... tak żałuję... — powtarzała pani Dulska, depcząc księdzu po piętach. — I ona będzie żałować, bardzo godna dama, bardzo miła...
— Nigdy nie pozwoliłabym na profanację — uspakajała swe sumienie Dulska, bo coś tam zaczęło ją kręcić, gdy ksiądz uczciwie i serdecznie modlił się, obchodząc ściany jej domu w swej świeżo wypranej, wykoronkowanej komży.
*
I tak żyłyby Matylda Sztrumpf i pani Dulska pod jednym dachem cicho, zgodnie, przyjemnie dla stron obu.