Złożyła list i schowała go pod lusterko.
Sama zwróciła się ku córce.
— Wypiłaś mleko?
— Tak, proszę mamusi.
— Weź kapelusz i wyjdź przed dom. Możesz pospacerować naokoło domu, tylko nie oddalaj się na drogę, nie chodź po słońcu i uważaj na buciki. A... weź mitynki... A oddychaj ustami, nie nosem — dosyć to powietrze kosztuje8. Nie potrzebujesz go sobie żałować.
Pita włożyła ładny ogrodowy kapelusz i cichutko, biała, kształtna, milutka, wysunęła się z izby.
Tuśka tymczasem ziewnęła i powoli skierowała się w stronę łóżka.
Anemia ją trapiła, przejawiając się w ciągłej senności.
Spoza opuszczonej na otwarte okna firanki płynęła jasność słoneczna.
Coraz silniej rozpachniało się drzewo chałupy, a woń ta była dziwnie rozkoszna i upajająca.