Równocześnie wchodzi Pita już bez bombonierki.
— Postawiłam na oknie — mówi i podchodzi do łóżka, bierze ze stolika szklankę, w której moknie pąsowa róża, i wsuwa swój delikatny nosek w aksamitne płatki kwiatu.
Ujrzawszy to, Tuśka wpada w jeszcze większe rozdrażnienie.
— Postaw ten kwiatek — mówi do córki — weź papier i pióro i napisz list do tatusia. Pamiętasz przecież, że tatuś cię o to prosił na kolei. To niegrzecznie dać ojcu czekać.
Pita podchodzi do pudełka, wybiera arkusz szarego angielskiego papieru, przesuwa krzesło, siada, zakrywając kolanka sukienką, i sumiennie, wyciągnąwszy języczek, zaczyna list córki dobrze wychowanej, na wiledżiaturze — do ojca, który z powodów od niego niezależnych pozostał w mieście.
„Kochany tatku!
Czyniąc zadość rozkazowi tatki piszę po przyjeździe do Zakopanego. Tak mamuńcia jak i ja jesteśmy, chwała Bogu, zdrowe, tylko mnie trochę w Krakowie było niedobrze, ale to przez szynkę, bo za dużo jadłam, i przez lody i lemoniadę. — Kraków jest to miasto mniejsze niż Warszawa i ma bardzo duży Rynek, a z wieży Mariackiej trąbią co godzinę.
W Zakopanem jest dużo gór, ale się chowają za chmury i trzeba pilnować, żeby zobaczyć.
W nocy jest tu bardzo ciemno. Górale nie są podobni do chłopów w Wilanowie i jeździ się tu furkami, które bardzo trzęsą. Dziś jest ładna pogoda, a wczoraj byłyśmy w teatrze, ale gorzej grali niż w „Rozmaitości”. Rączki i nóżki kochanemu tatowi całuję i pozostaję jego najprzywiązańszą i najwdzięczniejszą córką —
Pitą”.