Gencjany błękitniały coraz silniej, a za nimi jak tło zaczęły wznosić się góry sine, fioletowe, pokrajane pasami kosodrzewiny, leciuchno porysowane srebrem śniegu. Takie góry rozmarzone, rozbłękitnione, ledwo majaczące, nie przedstawiały się jej nigdy. Było to coś z feerii, z zaczarowanej krainy, gdzie pełno było piękna i widm niezrozumiałych.
Tuśka nie otwierała oczu, aby nie spłoszyć tych widm dziwnych, a tak uroczych. Na jej ustach wykwitł uśmiech.
— To widma... — myślała. — Góry nigdy nie są tak piękne...
Zdawało się jej równocześnie, że jest bardzo młoda i bardzo świeżo odczuwa wrażenia życiowe.
To wszystko, co było do tej chwili jej egzystencją, znikało, rozpraszało się we mgłę. Tak materialna, jak duchowa strona jej teraźniejszości nie miała żadnego znaczenia. Oczekiwała czegoś, spodziewała się, że rozłoni się las gencjan błękitnych, że stanie się coś nadzwyczajnego, a ona...
— Szaleństwo!
Tuśka porwała się i usiadła na łóżku.
Skąd takie myśli?
Nie wywołują ich przedpokojowe zwierzenia subretki Mirbeau, rezonującej o polityce Francji z wprawą skończonego dyplomaty. Czyżby one były wewnątrz niej — żyjące, istniejące pełnią sił, i teraz wydobywały się pełne niepokoju i pragnień nieokreślonych?
Wszak to życie, jakie do tej chwili pędziła, wystarczało jej pod względem duchowym i w sferze uczuć. Jedyną jej troską była walka pieniężna, choć mąż, jak maszyna, składał co miesiąc swą pensję w jej ręce. Lecz to pragnienie nowych sukienek, boa, przyjęcia pani Iksickiej, podania kwiczołów, aby olśnić, dalej pieniędzy na lekcje fortepianowego brzdąkania Pity, tysiące „niców”, z których się tworzyły bolesne kłopoty, oto były jedyne punkty, z którymi Tuśka nie mogła się nigdy pogodzić w swej egzystencji.