Tuśka położyła się i usiłowała zasnąć. Byłaby wolała stanowczo, ażeby aktor powrócił do domu hałaśliwie, z łoskotem, hałasem, ażeby prowokacyjnie gwizdał pod jej drzwiami, ażeby znów posłyszała:
Pod Ulm, pod Kulm, pod Austerlitz...
Mogłaby przynajmniej zasypiać ze złością i gniewem na tego zuchwalca.
Tymczasem jego delikatność, potem to dziwne, ciche, milczące zatrzymanie się pod drzwiami każą jej myśleć o nim, ale w inny, jakiś lepszy, łagodniejszy sposób.
A potem ten gest rozrzucenia gencjan i wizja Pity, wyciągającej w promieniach zachodzącego słońca rączki do ukwieconych szafirem ptaków, lecących ku niej lotem strzał...
I te wizje gór ledwo zaznaczonych.
I ten sygnał rowerowy, który zdawał się dźwiękiem harfy i płynął od lasu gencjan, bijących przed nią pokłony...
I ta świeżość rozmodlonych nad brzegami strumieni ruchów.
I ta młodość nagła rozmodlonej u krynicy swobody jej duszy...
Bo choć nikt nie widzi...