Tuśka zaczyna rozsnuwać pajęcze nici tkane brylantami, od których biją blaski.
Tak... tak...
XI
Nazajutrz jednak rankiem o godzinie siódmej odezwał się straszny ryk lwa.
Natychmiast odpowiedział mu drugi ryk, dalej pomrukiwanie jakieś tajemnicze, następnie szczeknęła hiena i znów ryk króla puszczy zatrząsł zakopiańską chałupą.
Tuśka szarpnęła się na łóżku i cała aż drżeć zaczęła. Gniew w niej wezbrał nie tylko za to mocniejsze przebudzenie, ale i za to delikatne i ciche dobranoc milczące, które zmusiło ją zasypiać z uczuciem łagodniejszym i z bezustanną wśród gencjan błądzącą myślą.
Właśnie gaździna wnosiła samowar, mleko i bułki. Ustawiła to wszystko „piknie” i zabierała się do zaparzania herbaty. Z doświadczenia bowiem wiedziała, że panie z miasta lubią „se przelegnąć w pościeli i śniadanie podchliptywać, kielo tylko ślepie rozewrą”.
Tuśka postanowiła nie wdawać się więcej w parlamentacje z gaździną, lecz uderzyć od razu w wielki dzwon.
— Gdzie tu Klimatyka? — zapytała, zrywając się z łóżka i naciągając pośpiesznie pończochy.
— A w mieście...