— Dobrze, pójdę i dam znać, co się tu wyprawia. Niech porządek zrobią.
Obidowska odstąpiła od stołu i założyła z determinacją ręce.
— Ano... niech idą — w Klimatyce im powiedzą, co po ostatnim gościu smrodzili tu nikiej powietrze morowe bez cały dzień. Chocia i zmarł nieborak, ale przeciek odrobili dezenfekcję całą.
Ufna w spełnienie higienicznych przepisów, była dumna i harda.
— Ja nie o dezynfekcję — rzuciła gorączkowo Tuśka — tylko zarząd musi kazać temu wariatowi być cicho albo się precz wynosić.
Gaździna pokręciła głową.
— Co to, to jus nic z tego nie będom mieli — odparła. — Gościom wolno piknie śpiwać, porykiwać w izbie, robić, co fcom, a Klimatyce nic do tego. Jak chcom, niech se tez porykują rano, ten pan nie póńdzie na skargę. Hej!
Rzekłszy to wyszła.
Tuśka ubierała się gorączkowo przed lustrem i w ten sposób wyładowywała swą złość. Czuła, że gaździna ma słuszność i że w Klimatyce nikt jej racji nie przyzna, musiała jednak być konsekwentną i iść do owej Klimatyki.
Pita powoli podniosła się z łóżka. Przez chwilę, gdy rozlegały się owe dzikie porykiwania, oczy jej zabłysły, uśmiech przewinął się przez usta.