— No, a ileż?

Gaździna myśli — cała tragedia toczy się w jej mózgu. Powie za mało, powie za dużo... Nie wie. Cyfry biegają jak szalone — wreszcie rzuca:

— Dacie osiemdziesiąt.

— To za drogo.

— Ten pon da tyle.

Tuśka dałaby już te osiemdziesiąt guldenów, ale zdjęta mocą nałogu, musi się targować.

— Siedemdziesiąt...

Gaździna widzi, że tej pani „zafciało się” tej izby i już żałuje, że nie powiedziała stówki.

— Ni, ni... — mówi z niechcenia, patrząc uparcie w kafle pieca — dacie dziewięć dziesiątek, to mieszkajcie...

— Jak to dziewięć dziesiątek? Powiedzieliście: osiemdziesiąt!