Tak myśli Tuśka, a po twarzy jej pod pudrem przesuwa się różowy obłok i pewna doza rozmarzenia.
Nagle coś wpada pomiędzy nią i Pitę na stół, odskakuje, przewraca dzbanek z wiechą gałęzi i stacza się na ziemię.
To piłka, rzucona ręką jednej z panien Warchlakowskich, skacze tak po werandzie.
Pita spogląda z pogardą na piłkę.
— Ona to umyślnie zrobiła... — oznajmia z powagą.
— Widziałaś?
— Tak, proszę mamusi. To ta najmłodsza. One już dawno tu ciągle patrzą, szepczą coś, a teraz piłką rzuciły.
Spodziewa się, że matka rozgniewa się za ten zuchwały postępek, ale wbrew jej oczekiwaniu, Tuśka patrzy na leżącą na ziemi piłkę, jakby chcąc powziąć jakąś decyzję.
— Włóż, Pito, kapelusz i przynieś mi mój kapelusz i żakiet — decyduje wreszcie.
Dziewczynka posłusznie wstaje i przynosi żądane przedmioty.