Tuśka się namyśliła.
Chciała zawiązać bliższą znajomość z tą panią z werandy — teraz nadarza się jej doskonała do tego sposobność. Kto wie zresztą, czy to nie jest umyślna zaczepka ze strony tych pań.
Ubiera się i widzi, że w „Lewkonii” panuje ruch i zaciekawienie.
Panienki pobiegły na werandę, opowiadają coś matce. Dama w welwetach sięga po rogowe face a main i zaczyna obserwować werandę Tuśki.
Pita podnosi piłkę. Tuśka każe iść córce obok siebie, schodzi z werandy i kieruje się ku „Lewkonii”.
Dama w welwetach i seria Barissonek widzą, co się święci! Ale są godne i dumne.
Stanęły rzędem na werandzie i oczekują jak Dumasowska księżna, ażeby owa „cudzoziemka” do nich podeszła.
— My, galicjanki, som dumne i znamy się na warszawskich fumach!
Tuśka, uprzejmie strojąc usta w najpiękniejszy z zapasowych uśmiechów, przechodzi z Pitą gościniec, podchodzi do werandy i podaje piłkę.
— Oto któraś z panieneczek przez nieuwagę rzuciła na naszą werandę. Idąc do miasta pragnęłyśmy zwrócić własność naszych sąsiadeczek.