Tak brzmiał głos męski, spokojny, pewny siebie, młody, łamiący się jeszcze niskimi tony, to tenorowym brzmieniem.

Lecz były to tylko oznaki zewnętrzne, bo tak jak głos i cały charakter był dobrze ustawiony i niełamliwy wewnętrznie.

Natomiast głos kobiecy rozwiewał się i był niepewny. Ni to pokorny, ni to ostry, ale cały przepojony na wskroś kobiecością. Szamotało się to, otłukało po ścianach hotelowego numerku, cichło, pełzło, próbowało grozić, a w gruncie rzeczy miało w sobie tragizm bezbronności powszedniej, podniesionej właśnie tą powszedniością do rozmiarów bólu i katastrofy.

— No, tak... ale cóż będzie z dzieckiem? — pytał głos kobiecy.

— Co ma być?... będą z niej ludzie... — odpowiada głos męski.

Zalega milczenie.

— Ona się często pyta o tatusia. Nie wiem, co jej odpowiedzieć.

— Powiedz jej, że tatuś pojechał do Ameryki po posag dla niej.

— Ach, nie... tak nie można. Ona taka rozumna, taka sprytna.

— No... cóż dziwnego!