Parsknięcie śmiechem.
— Moja córka!
I długie milczenie. Ostatnie tramwaje na Rynku wpadają w tę ciszę swym przeraźliwym, szatańskim gwizdem.
— Nie chciałbyś jej zobaczyć? — pyta bojaźliwie kobieta.
— Ależ owszem, kiedyś chętnie przyjadę.
— Och! mówisz już tak trzy lata.
— No, to trudno, nie jestem panem swej woli. Nie trzeba było stąd wyjeżdżać.
— Jakżeż nie miałam wyjechać? Musiałam!
— E!...
— Sam mnie namawiałeś. Przyrzekałeś, że przyjedziesz na sezon, na ślub...