Budżet miejski!

Tuśka doznała olśnienia.

To było coś wielkiego, jakieś cyfry ogromne, jakieś miliony, los całego mrowiska ludzi kłębiących się wśród kamienic. Nie rozumiała dokładnie, ale to ją ostatecznie olśniło.

Grzeczny pan z Wareckiej ulicy, wlokący swą teczkę urzędniczego mola cicho i posłusznie, czym był w porównaniu z takim radcą, od którego zależało uchwalenie... budżetu!...

I z pewną trwogą usłyszała Tuśka słowa:

— A pani mężulek odwiedzi panią w Zakopanem?

— Nie wiem...

— O!... to byłby grzech nie przyjechać do żony i córki! Naturalnie nasi panowie mają swoje obowiązki społeczne i te idą przed rodziną, prawda?...

— Tak... tak...

— Cieszy mnie, że się pani ze mną zgadza pod tym względem. Ale i dla rodziny coś uczynić należy... prawda?