— !!!
— A więc ujrzymy mężulka? to dobrze, to bardzo dobrze. Tylko będzie państwu trochę ciasno. Dwa pokoje... skoro macie takie duże mieszkanie w Warszawie.
— O! tam są jeszcze inne pokoje. Na czas pobytu męża dobiorę więcej izb.
— Tak, tak... nasi panowie mężowie nie lubią ciasnoty, i to im się słusznie należy. Ja dlatego wzięłam tak dużą willę, aby mój mąż miał gdzie królować, gdy przyjedzie...
— Tak, tak!
— Gdyby się zjechali równocześnie, byłoby to doskonałe. Złożyłby się mały wincik. Pani mąż wintuje?
— Jak wszyscy.
— To doskonała dla nich rozrywka. Cały dzień wytężają umysły, wieczorem muszą się rozerwać. Ja urządzam winty w domu. I to najlepsze. Niech mi pani wierzy. Urządzić w domu, herbata, przekąska... i przynajmniej ma się męża obok siebie. Pani zapewne także tak robi?
— Tak, tak.
Przed oczyma Tuśki przesuwają się wspomnienia wieczorów dziwnie sennych, monotonnych. Czytanie „Kuriera” od deski do deski, wszyscy przy jednej lampie, aby oszczędzić nafty, i potem wyżółkły, wyschły profil męża, chylący się do snu, jego ręka delikatna, anemiczna, z odciskiem od pióra na trzecim palcu, osłonione tragicznym abażurem oczy zmęczone, obwiedzione czerwoną obwódką.