— Ale pani ciepłej kolacji nie podaje? — bada ją dalej pani Warchlakowska.

— Jak czasem.

— To źle. Trzeba już przyjąć jeden system i tego się trzymać... W ten sposób bałamuci się gości. Ja podaję herbatę, kanapki, suche ciastka i piwo. Kanapki moje panienki z byle czego zrobią. Na to można użyć doskonale resztek z całego tygodnia... A dla męża kolacja w sekrecie, w kąciku przygotowana. Wyborny system. Radzę pani zaprowadzić.

Jakaś pointa niezadowolenia tkwi w głosie pani radczyni. Ta ciepła kolacja trafiła ją w serce. Tuśka chwyta to w lot.

— O, nie! nie! — protestuje — ja już nie mogę odstąpić od kolacji. Taki u nas zwyczaj... zresztą mąż tak chce...

— A! skoro mężuś...

Pani Warchlakowska uchyla czoła jak korna niewolnica.

Z polanki, na której słońce kładzie złoty, czarujący, świetlany płaszcz, dobiegają cienkie głosiki panien Warchlakowskich.

Play!...

Fife!...