Nagle dostrzegła, że „panienki” przypatrują się ciekawie aktorom i aktorkom.

— Panienki! proszę do piłki... co to znowu?...

Panienki cofnęły się chichocząc i uśmiechając złośliwie. Tylko Pita pozostała na miejscu i patrzyła ciągle w stronę, skąd dolatywała kancona.

— Niechże pani każe swojej panience nie patrzeć za nimi! — upominała Tuśkę pani Warchlakowska.

Tuśka jakby się ocknęła.

Cała była tak gorąca, jak by po niej war przeszedł.

— Pito... idź do panienek!... — wyrzekła machinalnie do dziecka.

— Czy pani wie — skrzeczała Warchlakowska — że ci ludzie to gorzej Cyganów. Oni prawie wszyscy żyją bez Boga i bez zasad moralności. Prawie wszyscy w dzikich małżeństwach... A jakże... mówił mi mąż... co za zgroza!... To szkandał!... szkandał!...

Powoli marła kancona i obłok jasny spowijał coraz szczelniej oddalającą się grupę aktorów.

Byli już teraz słonecznymi widmami, ledwo zaznaczonymi sylwetkami o złocistych, leciuchnych konturach.