Co chwila okazywała się potrzeba jakiegoś wydatku, aby „dorównać” pani z willi. Były to drobne, małe, śmieszne sumki, ale były mimo to zjadały niewielką sumkę, którą Tuśka mogła rozporządzać.

I znów ogarnął ją żal do męża.

Dlaczego jest tak, nie inaczej? — Ach! gdyby był sprytniejszy, obrotniejszy i zapobiegliwszy, działoby się inaczej. Inni jego koledzy biurowi nie oglądali się jedynie na pensję. Kręcili się jak piskorze i często wykręcali się na wierzch. Brali kamienice na spłaty, przystępowali do jakichś przedsiębiorstw, słowem, szli w górę. A on wiecznie tkwił na Wareckiej pomiędzy fikusem a stołem z samowarem!...

I dziś dlatego ona jest tak skrępowana nawet w chwili, gdy przecież raz odetchnęła innym powietrzem i pewną względną swobodą...

Lecz jest to rzeczywiście tylko względna swoboda. Czuje, że to grzeczne, systematyczne życie z Wareckiej powlokło się i tu za nią. Nie umie widocznie sobie poradzić, a przecież coś się jej majaczy... coś przeczuwa poza lasem gencjan...

Tak, tak.

Koło werandy krąży Obidowska. Ustroiła się w serdak i chodzi tam i z powrotem, czając się z fartuchem, aby zacząć wycierać balustradę werandy. Tuśka patrzy na nią i dziwi się, jak Obidowska jest dzisiaj chytra i zmarnowana.

Ma prawie tragiczny wyraz twarzy, poczerniała, oczy jej zapadły...

Tuśka czuje jakąś litość na widok tej zmiany. Woła ku sobie góralkę:

— Gaździno, a chodźcie tutaj!