Obidowska podchodzi, nie śpieszy się. Głowę pochyliła i kiwa nią na obie strony, jakby jej utrzymać nie mogła.
— A cego fcom?...
— Coście dziś taka mizerna?
— ?
— No... mizerna, blada. Czyście chorzy?
Gaździna ramionami wzrusza.
— Ni...
— No, o cóż wam?
Zacięte usta, tylko oczy spod brwi zabłysły jak dwa żużle.
Wreszcie potok słów, jakby konieczna potrzeba upustu dławiącego smutku.