— Wiedzom, poleciał na przewodnika.
— Kto?
— Ano on, Józek.
— No, więc cóż? Tym lepiej, to zarobi.
— Ha, no... zarobi, dyrloga jedna!... zarobi, ale jo na taki gros niełakoma... Poszły z nim takie strzygonie, co to wiadomo, na młodego chłopa łase... no...
Zacisnęła zęby, aż zgrzytnęły. Wbiła nogi w ziemię ze strasznym uporem. Biło od niej tajonym gniewem i nagromadzoną w wyschłej piersi rozpaczą.
Tuśka spojrzała na nią zdziwiona.
— Ależ moja gaździno... — wyrzekła — dlaczegóż wam tak o te panie z miasta chodzi? Przecież nie mówicie mu nic za Hankę, a on się z nią całuje tuż i pod waszym dachem.
— A!... to je co inkszego! Ona była przede mną, to wiadomo, jej prawo... A potem ona górska je, nasza, to jensza sprawa. A te mieńskie, jak idom na wirchy, to ino zęby scyrzeć...
— Mówiliście przecież, że Józek idzie z tym panem, co tu mieszka.