— A ino. Posed z nim i z tymi strzygoniami. Nabrali butelek i pośli na tyzień... No... kieby ich bym dopadła, skąsałabyk ich... choć stara, na śmierć.
Tyle temperamentu ma jej głos niski, ochrypły — tak wyć musi wilczyca zraniona, gdy sama zdycha gdzieś w jarze.
I głos jej znajduje niespodziewany oddźwięk w duszy Tuśki.
I ona nienawidzić zaczyna te jasne, wysłonecznione kobiety, które tam po wirchach jak owe kozice z głazu na głaz skaczą, lotne i zwinne, a pomiędzy nimi miga gibka postać męska.
Józek?... nie Józek. Nie tak smukły, ale za to bardziej wykwintny w linii, równie silny, zgrabny, zuchwały...
Ten drugi.
Porzycki?
I oddychają całą piersią, idą coraz wyżej ku słońcu, w bukiety czarnych smreków, ponad którymi jasna zieleń hal rozpływa się jakby seledynową chmurą.
Po raz pierwszy Tuśka z jakąś tęsknotą zwraca swe oczy w stronę gór. Słońce zachodzi, są one w tej właśnie chwili stokroć piękniejsze i majestatu pełne. A mają w sobie jeszcze jakąś moc ptaków, co gdy rozwiną skrzydła w górę, podnoszą serca i dusze ludzi. Tuśka nie była tam nigdy na tych ścieżynach, co to między kosodrzewiną wiją się, przecięte srebrną nicią górskich strumieni, lecz instynktem czuć zaczyna, że tym, co tam na ów „tyzień” poszli, jest w tej chwili świeżej, milej, lepiej, młodziej niż jej na werandzie, choć taka ta weranda niby słoneczna, niby wygodna... Czuje to, ale gdyby jej kto kazał rzecz tę wypowiedzieć, może by nie potrafiła.
Obidowska przysunęła się zupełnie do balustradki. Złożyła na niej czarne, do łokcia obnażone ręce, a na tych rękach wsparła twarz.