Była dziwna, dzika, ponura i zagadkowa. Włosy tłuste lśniły się w słońcu jak czarna, atłasowa, średniowieczna czapka. Każda bruzda w twarzy zdawała się mieć osobną swoją historię i osobną przyczynę łez, które ją żłobiły.
— Ja wim — mówi niskim głosem — że Józef ma taką naturę, że go do państwa pcha i mu z nimi dobrze jest. Ale jak się żenił, to wereda przysięgał, że o skałę się praśnie, a w góry z poństwem nie pondzie... I ot, jak przysięgi strzymał...
Pomilczała chwilę i powtórzyła, jakby swoje własne echo.
— I ot... jak przysięgi strzymał...
Dwie duże łzy ukazały się w jej oczach.
Wypełniły całe źrenice, oszkliły ich żółtość i spłynęły po rzęsach rzadkich i jakby wypalonych. Chwilę zawahały się. Którą im płynąć bruzdą? Którą z nich wyżłobiły miłosne zawody? I nagle rozlały się w strugę, która objęła całą sieć tych zmarszczek i twarz okryły lśniącą, srebrnawą wilgocią, smutną i nad wyraz tragiczną.
Tuśkę nie zdjęła jednak litość. Nie współczuła ona tej kobiecie, która płakała za młodym mężem, ulatującym z gniazda jak młody ptak żądny swobody. Inna myśl zajęła ją całą. Myśl, co się dzieje tam, dokąd oni poszli — gdzie tak świeżo, młodo, dobrze...
Podstępnie zwracała się ku góralce:
— Moja gaździno... o cóż wam chodzi? Przecież tam nic złego się nie dzieje. Poszli, wrócą. Józek przewodnik... o cóż chodzi.
Góralce zapłonęły oczy. Łzy jakby żarem, co przesunął się po nerwach, oschły w jednej chwili.