Nad wieczorem zupełnie niespodzianie powrócił Porzycki.
Przyjechał furką, blady, zmęczony, niewyspany i widocznie w złym humorze.
Tuśka stała w oknie i zobaczywszy go tak nagle, doznała jakby olśnienia.
Cofnęła się za firankę, lecz patrzała, jak do Porzyckiego wybiegła Obidowska, pytając o męża.
— Poszedł jeszcze dalej w góry — odrzekł aktor gniewnie, wyjmując z furki swój serdak, ciupagę i jakieś drobiazgi.
— A bez co? bez co... kiedy oni wrócili?
— Nie wiem. Dajcie mi spokój, zmęczony jestem... Przynieście mi mleka. Listu nie ma jakiego?
Wszedł do sieni i udał się do swojego pokoju.
Obidowska postała chwilę przed chałupą, wreszcie zawróciła i szła wolno w stronę szopy. Idąc dostrzegła Tuśkę w oknie.
— Widzieli — zapytała — jaki to wymęczony? I nie hańbi się... To z chlania wódczyska i z łajdactwa... a jakże...