— Ja?
— Tak. Wiem, wiem, że nawet jakieś cukierki kursowały... O! tylko niech pani nie łaje Pituchny, to nie ona... ta dziewczynka jest ogromnie skryta... to kto inny...
Tuśka ochłonęła już i wzruszyła ramionami.
— Ten pan dał cukierki Picie, kazałam oddać, to wszystko.
— Wybornie pani zrobiła. Choć ja na miejscu pani wezwałabym męża, aby takiego błazna moresu nauczył... Dawać cukierki! Proszę, cóż to on sobie myśli? Czy pani jaka aktorka? czy co?...
Bardzo była oburzona pani radczyni. Pierś, opięta welwetem, falowała, tłuste ręce wykonywały serię gestów rozwianych i kompletnie nieuzasadnionych.
— Dostał nauczkę — uspokajała ją Tuśka — i teraz zachowuje się zupełnie przyzwoicie.
Lecz nagle uczuła, że pani Warchlakowska świdruje ją wzrokiem, tak jakby mówiła „ejże! ”, i to ją zmieszało zupełnie. Zarumieniła się gwałtownie i spuściła oczy w ziemię.
Czuła, iż Warchlakowska w tej chwili jej nie wierzy i że zaczyna się dokoła niej snuć cała sieć fatalnych podejrzeń.
Rozstały się trochę chłodno. Warchlakowska ciągle zdawała się zapuszczać sondę do dna jej duszy. Tuśka zaś cofała się i zamykała w sobie tak, jakby miała już coś do ukrywania.