— Tak, proszę pani — błaźnicami i szelmami. Niech się pani nie gorszy moimi wyrażeniami, ale to już tak u nas, aktorów. Mówi się, co się myśli. Więc proszę pani, to są błaźnice, indyczki i szelmy.
— Proszę pana... to są córki pani Warchlakowskiej, osoby...
— Dobrze, dobrze... mamusia kołtunka in summo gradu13, a panienki takie same. Czy Warchlakowska, czy Prosiątkiewiczowa, czy inny diabeł, zawsze niewarte całować psa w nos.
— Och!...
— Tu nie ma ani „och”, ani „ach”! Czy pani wie, dlaczego ta śliczna panienka płacze? Pani nie wie... A ja wiem. Ja wyszedłem na drogę, stoję i słucham. Myślę, co też te panny mogą z pani córką mówić. Myślałem, bezeceństwa... Co pani tak na mnie patrzy? Przecież to w takim „przedpieklu” to nie kupić, bo widzę, panna Pita ma czerwone uszka i coś minka strasznie niepewna. Słucham... i dolatuje mnie słowo jedno... drugie... Aż we mnie krew zawrzała. Pani wie, czym one pani małą torturowały?
— Nie mam pojęcia. To są dzieci dobrze wychowane...
— Właśnie, można się zachwycać takim wychowaniem! Te błaźnice wygadywały ostatnie głupstwa na panią, a dziecko tego wszystkiego słuchało.
— Co? jak?...
— A tak, tak. Wziąłem pannę Pitę na spowiedź i to biedactwo, płacząc, przyznało mi się, że one zawsze zadają jej rozmaite pytania, co do pani, co do domu, co do jej stosunków familijnych, i to, w formie bardzo przykrej.
Tuśka wzruszyła ramionami.