Tuśce robi to przyjemność, iż ten zgrabny cyklista do niej niejako należy i stanowi jej straż przyboczną. Śledziła go wzrokiem; gdy zjawiał się nagle dziarski, zwinny, zgrabny, manewrując rowerem z wielką sprawnością. Chwilę przyszedł jej na myśl mąż i uśmiechnęła się z pewną melancholią.
— Chciałabym go widzieć na rowerze! — pomyślała z litością.
W takim usposobieniu zajęła z Pitą i Porzyckim stolik na werandzie w Kuźnicach. Aż wrzało tam od paplania i szumu. Ciekawe spojrzenia jak iskierki migotały w powietrzu. Każda przybywająca grupa stanowiła wraz z rogalkami i czekoladą żer dla tych, którzy już ogień przeszedłszy, usadowili się przy swych żłobkach.
Gdy Porzycki przechodził werandę, rozległ się ogólny szmer:
— Porzycki!...
Tuśka odwróciła się zdziwiona.
— Jak pana znają...
— Spodziewam się — wyrzekł aktor wysuwając pierś naprzód. — Od czegóż jestem aktorem?
I szedł pomiędzy stolikami, dumny, tryumfujący, rozdając niedbale uśmiechy pomiędzy wlepione w niego oczy kobiet.
Duma Tuśki doznała niezdrowej podniety. Ta teatralna sława Porzyckiego spadała na grunt dobrze przygotowany. Gdy usiedli, zwróciła się ku aktorowi jakoś poufałej, bliżej, jakby chcąc zaznaczyć wobec patrzących może z zazdrością kobiet, że ów „Porzycki” jest jej oddany.