Porzycki rzeczywiście zajmował się nią bardzo, robił wiele hałasu, zwracał na ich stolik dużą uwagę. Odżyła w nim natura kabotyna. Wystarczyło małe wzniesienie w formie sceny, trochę publiczności, zaszemrania nazwiska, a aktor zapominał o kontakcie z naturą, z którą wszedł w tak bliskie porozumienie, i stawał się komediantem garnącym ku sobie uwagę widza.

Gdy rzewnie nastrojona „cepculka” z melancholią postawiła przed nimi czekoladę i rogaliki, już na całej werandzie istniał tylko stolik Tuśki, Pity i rowerzysty z jowialną a ładną twarzą świeżo ogolonego imperatora.

Nagle Porzycki przybrał „pozę” i mrugnął na Tuśkę i Pitę.

— Nie ruszajcie się, panie.

— Dlaczego?

— Fotografują nas.

Z jakiegoś dolnego stolika rzeczywiście wzniesiono ku nim lufę fotograficznego aparatu.

Pita była zachwycona. Tuśce także ten epizod przypadł do smaku, lecz zmieszał ją cokolwiek. Dlaczego, nie umiała sobie zdać z tego sprawy.

Co chwila nadjeżdżały nowe dorożki, wysiadały nowe grupy, suknie szeleściły, dzwoniły magazyny breloków zawieszonych u łańcuszków, migotały śliczne bluzeczki, z których niejedna przedstawiała sumę całomiesięcznej pensji urzędnika. Z niedbałą nonszalancją prezentowały kobiety swe stroje i z tą pewnością siebie, jakby te wspaniałe czapraki, w które się przybierały, zdobyły pracą własną i wyłącznie swoją zasługą. Pąsowa sukienka Pity i złote włosy Tuśki, wyzierające spod ślicznego kapelusza, obrzuconego wieńcem cieniowanych róż i motylami koronek, dominowały jednak do tej chwili na owym targowisku próżności. Porzycki powiódł wzrokiem naokoło i zadecydował:

— My jesteśmy najszykowniejsi!...