Lecz nagle szumno i gwarno zajechały dwie dorożki.
Zaczęły z nich wyskakiwać pêle-mêle kobiety i mężczyźni z gwarem, szumem, śmiechem. Porzycki aż się uniósł na krześle i zawołał radośnie:
— Nasi!
Szykowne, ogromnie malarskie i całe w liniach kobiety zaczęły wchodzić na estradę. Umiały wchodzić i wlec za sobą ładne i doskonale zrobione suknie. Barwy były umiejętnie dobrane. Nie biły w oczy, jednak patrzeć kazały. Szczególnie były piękne fryzury tych kobiet. Jedna, ubrana czarno, miała małą twarzyczkę okoloną puklami włosów, jakby z pastelu pani Lebrun zdjętą. Strój jej, obrzucony pailletkami, nadawał jej postać wężową. Duży kapelusz Lamballe ocieniał niepewną barwę włosów. Ta kobieta nie miała lat. Zdawała się być skamieniałą w pewnym stadium swego życia. Delikatnie upudrowana, patrzała przed siebie dużymi, ciemnymi oczyma.
Całe towarzystwo przesunęło się obok Tuśki i zajęło miejsce opodal. Idąc, witali wszyscy poufale Porzyckiego ze śmiechem i radością.
Tuśka poznała w niektórych ową „bandę” powracającą z wycieczki. Przypomniał jej się gest, jakim Porzycki obejmował jedną z tych kobiet. Zaczęła błądzić wzrokiem szukając, która to z nich była wówczas ową wybraną. Lecz poznać nie mogła.
I to ją zasmuciło.
Obecnie cała uwaga publiczności zwróciła się na aktorki. One grały tak, jak przed chwilą grał dla „galerii” Porzycki, i obserwowały pilnie i starannie gesty i układy sukien. Aparaty fotograficzne wymierzono ku nim. Porzycki uśmiechał się i widocznie był duszą przy „swoich”. Tuśki róże i Pity purpura zeszły w cień.
Tuśka uczuła żądło zazdrości i przybrała minę zdetronizowanej królowej.
— Chodźmy już... — rzuciła przez zęby.