Kilkakrotnie chciała zirytowana odezwać się do Porzyckiego: Czego chce ode mnie ta wasza Sznapsia? — lecz głos wiązł jej w gardle.
Bo ona bezwiednie czuła, czego chce od niej tamta, która może niedawno, może dni temu kilka „zerwała” po przyjacielsku z tym rozgadanym i ładnym aktorem.
Tamte ciemne oczy spod kapelusza Lamballe mówiły — och! ile — cały może dramat umiejętnie ukryty i przyjaźnie upudrowany...
Tuśka to instynktem kobiety czuła i milkła, ziębła, bladła, jakby powiał na nią chłodny, północny wicher, o smutnym, przeciągłym jęku.
XIX
Pita zasnęła, lecz Tuśka, ubrana ciągle w swój biały kostium, snuje się po izbach. Ustawia drobiazgi, bez potrzeby przegląda suknie w szafie, spogląda niekiedy w lustro. W niepewnym świetle dwóch świec widzi swą twarz jakąś zmienioną, niespokojną, powleczoną mgłą.
Zda jej się, że ma gorączkę i drzemie. Oczywiście zimno jej. A przecież nie zamyka okna. Przez firankę bije srebrnymi snopkami pęk księżycowych promieni.
Tuśka czuje, że tam, poza oknem, jest srebro, mgła, czar...
Stanęła i w czar ten daleki patrzy.
Patrzy i myśli, że tam, na Wareckiej, przed srebrem księżyca zasłania się wszystko szczelnie jak przed mikrobami, które wedrzeć się w zdrowy organizm mogą. Zasłania się rolety w dziecinnym pokoju, okno zawiesza się jeszcze pledem. Żebrowski mówi, iż księżyc mu spać nie daje, a on biedny musi się przed biurem wyspać. Potem ten księżyc, który zawisa nad dachami ociekłymi deszczem i pyłem węgli, jest inny, nieprzyjacielski, zimny, jakby z musu zjawiający się o oznaczonej porze. Światło jego nie otula, nie przenika słodyczą niewymowną, lecz jest natrętne, wrogie, zbyteczne.