— Proszę iść do tamtego numeru i powiedzieć tym państwu, żeby się inaczej zachowywali. Nie jestem przyzwyczajona znosić coś podobnego!
Dziewczyna patrzy szeroko rozwartymi oczami na wzburzoną twarz Tuśki.
— Proszę pani...
— Proszę iść...
— Dobrze, proszę jaśnie pani!
Rozkazujący gest, wspaniała mina naprawiły to, co zepsuło pół funta szynki. Dziewczyna wysunęła się cicho i za chwilę słychać było, jak szeptem coś przekładała w sąsiednim pokoju, tłumaczyła „tym państwu”...
Rozległ się szczery, serdeczny wybuch śmiechu i równocześnie pokorne prawie tłumaczenie się kobiety:
— Ale cóż znowu? Ta pani zwariowała?... My przecież nie robimy nic złego!...
Tuśka drżała teraz jak w febrze i chodziła gorączkowo po pokoju, potrącając meble.
Nienawidziła i siebie, i ich, tych dwoje, którym czuła, że wyrządza krzywdę, obelgę, że policzkuje tamtą kobietę niesłusznie, bo przecież była w prawie przebaczyć, gdy chciała.