Tuśka i Pita jadą jak w Alejach Ujazdowskich, wyprostowane i pochwał żądne.

Powoli jednak poddają się urokowi przepięknego ranka. Majestat gór maleje, natomiast roztacza się przed nimi nadzwyczaj gigantyczne po prostu rozpanoszenie się roślinnego świata. Cała droga to jedna aleja ametystowych, topazowych i koralowych kwiatów na podłożu szmaragdowych lub miedzianych mchów i paproci.

Niektóre głazy ociekły jakby krwawą posoką. Wznoszą się jak ofiarne ołtarze, które ostały się jeszcze w zacienionych świerkowych świątyniach. Krew rubinami w słońcu błyska. Kapłani umknęli unosząc wybladłe ciało ofiary...

Lecz już pole całe liliowych dzwonków porusza się leciuchno, kołysane wiatrem.

Na Anioł Pański grają cichutko, duchom Tatr na chwałę...

Pita uśmiecha się ku nim przyjaźnie. Porzycki z przedziwną intuicją zgaduje, że dziecko ma w swej duszyczce umiłowanie naturalnego Piękna i kilku rzuconymi słowami, jak kielich kwiatu ku słońcu, serce dziecka otwiera.

— Góry niestraszne? — prawda, Pito? — zapytuje wreszcie, zasypując sukienkę dziecka gwiazdami cykorii.

Pita bowiem przyznała mu się, że boi się gór, że ją przygniatają surowością swoją.

Przez kwiaty, przez trawy, przez ich woń świeżą i upajającą zaznajamia się Tuśka i Pita z górami w ten poranek słoneczny. I znajomość ta powoli przenikać je zaczyna nieznanym a ciepłym uczuciem.

Całe gamy liliowych i fioletowych barw grają w zieleni traw. Pękami zwisają gencjany o lancetowatych liściach. Lękliwie różowe gwoździki mieszają się w fiolet poważny i niemal żałobny. Kielichy naparstnic, podłużne szuwary przykrywają płachty białych rumianków.