I wszystkie te bogactwa kwiatów oplatają gałęzie wijących się lian, które biegną ku białym dnom potoków szemrzących srebrami na dole wapiennych łożysk.
Tu i ówdzie, jakby studnia głęboka obramowana masą szczawiu, to srebrzy się, to czernieje ciemną zielenią wody.
Tuśka wsunięta w głąb powozu, co chwila spotyka oczy Porzyckiego. Zarzucona także masą kwiatów, chłodzi nimi rozpalone usta i kryje poza nie ciągłe rumieńce na twarz jej bijące. Nie chciała myśleć, że jutro już cała ta wycieczka stanie się tylko wizją, minionym snem. Z całą rozkoszą zanurzała się w teraźniejszość, pełną jakiegoś rozmarzenia i wielkiej słodyczy. Nie poznawała siebie. Czuła, iż w tej chwili staje się przystępną dla wielu rzeczy, które przedtem dla niej nie istniały. Gwiazdy złotogłowia pieściły jej wzrok i duszę. Widziała, jak Porzycki delikatnie dotykał się atłasowych liści, jak wpatrywał się z lubością w ich nadzwyczajne barwy. I ona zaczynała rozumieć piękno kwiatu i rozkosz, jaką w tym zrozumieniu znaleźć można. To była jedna z wielu tych rzeczy drobnych a pięknych, koło których przechodziła wyniosła, obojętna. Zapragnęła podzielić się doznanym wrażeniem z Pitą, lecz spojrzawszy na dziecko dostrzegła, że i ona miłośnie tuli ku sobie pęki różowych gwoździków i ku nim się uśmiecha.
Przed nią spoza wachlarza olbrzymich dzwonków o brązowej, ciepłej barwie patrzą ku niej oczy Porzyckiego. Patrzą wciąż uparcie i ona mimo woli wzrokiem odpowiada mu na tę niemą rozmowę ócz, która od początku świata jest prawdziwym esperanto ludzkości. Sami właściwie nie wiedzą, co przesyłają ku sobie w wymianie tych spojrzeń, lecz nie wyrzekliby się ich za żadną cenę.
I tak rozkosz zagłębiania się w góry, ukochania kwiatów, wymiany spojrzeń, wstrząsających dziwnie całym systemem nerwowym, składa się na całość, pełną niezwalczonego czaru i niezapomnianego światła w szarzyźnie dziennej egzystencji.
Przy wodospadach zatrzymuje się powóz w całej gromadce już odpoczywających. Z zakładu Chramca wycieczkowcy wiodą z sobą muzykę góralską i ta rozsiadła się na belce, rzępoląc jakieś dziwaczne, splątane melodie. Lecz tu, na tle smreków, przypartych do górskiej ściany, melodie płyną swoją strugą jak te potoki, co sączą się srebrną nicią po granitowych złomach.
— Ach! muzyka!... jak dobrze!... — woła Porzycki — teraz już nic nie brakuje...
— Och... muzyka!...
— Pst... niech pani tak nie mówi. Niech pani odejdzie w bok, odwróci się od nich, aby nie widzieć ich otoczenia, wyśle całą swą duszę przed siebie, w żleby, w turnie, w piargi, w upłazy i niech pani pozwoli, aby cię ta muzyka poniosła taką rozmyśloną w dal...
— No, no, proszę to zrobić... no!...