Ujął ją pod łokieć, Pitę za rękę i odprowadził duży kawałek drogi, idąc stromą ścieżką w dół.

— Gdzie pani ich już słyszała?

— W teatrze!

— Otóż to... gdy grali wyjątki z Trubadura albo „rach, ciach, ciach”!... I pani chce mieć o nich pojęcie.

Wśród limb i smreków zatrzymał się.

Granie dolatywało z oddali.

— Ano? ano? — zapytał.

I było w tej nutce zawrotnej a dziwnej coś nadzwyczajnego, coś co duszę człowiekowi z piersi wypruwało i rwało ku górze — jak ono „hej...” góralskie.

Cała dusza, cała dusza się w tym wypowiada i ze swym smutkiem, i ze swą bolesną wesołością, co w pustkę jak zbłąkany ptak leci.

I dziw nad dziwy!