Niby to górale grają na gęślikach i tak swoje piosnki rozżalają albo rozwichrzają w górskie czary.

Niby to oni jedni bez słów się skarżą, tęsknią, natrząsają się, ugwarzają, do lotu śmiertelnego gotują...

Niby to oni jedni potrząsają swe kółka u ciupagi i szeleszczą skrzydłami rozwianych guń.

Niby to oni jedni zawierają wrota swych halnych szałasów i potrącają o kotły ciemniejące nad rubinem paleniska.

Niby w tej piosence zebrała się cała dusza ich.

A przecież...

Dlaczego Tuśkę, dlaczego Pitę, dlaczego Porzyckiego chwyta smętek dziwny, chęć wspięcia się na szczyty i wypłakania tam czegoś, co pod sercem udręcza?

Zwłaszcza... Tuśkę.

Od wczoraj tak ją dławi.

A ta cichutka nuta wijąca się nad nią po koronkach smreków, rozwiewająca wachlarze paproci, kołysząca liliowe płatki dzwonków i rozciągająca jej duszę na strunach gęślików, przyczynia się niemało do czegoś, co niby żar zaczyna jej palić powieki.